The Necks
Tym razem udało się! Niemal wszystko podporządkowałem tej jednej, jedynej sytuacji. Bilety kupiłem z wyprzedzeniem, a wszystko co mogło mi przeszkodzić w dotarciu na koncert uporządkowałem tak aby żadna niespodzianka nie wyskoczyła na pięć minut przed. Ostatnimi czasy raczej nie szło mi tak dobrze z odpychaniem potencjalnych przeszkód koncertowych. Potencjalne stawały się realnymi.
W Århus (od niedawna Aarhus), drugim co do wielkości duńskim mieście liczącym nieco ponad 200 tys. mieszkańców, koncert zorganizowano w Atlas-ie. Zanim nie ujrzałem tego miejsca to nie miałem bladego pojęcia czy Atlas to klub, czy typowa duża sala koncertowa, czy może coś innego. Okazało się, że miejsce bardziej przypomina surową przestrzeń koncertową otwieraną tylko na czas muzycznych wydarzeń. Duże pomieszczenie, czarne ściany, płaska, pozioma (nie spadzista) podłoga, kilkadziesiąt dostawionych krzeseł. Bliżej sceny nawet kilka okrągłych stolików. Vis-a-vis sceny bar – z nowo-odkrytym duńskim piwem Blå Thor. To taka przestrzeń, w której raz odbędzie się koncert grupy energicznie łomoczących rockowych chłopców, a jak nawinie się coś innego, to dostawi się krzesła i też będzie fajnie. Ogólnie ok ale bez rewelacji, jeśli chodzi o kwestie wizualne i dźwiękowe.
Pół godziny przed koncertem zacząłem nabierać podejrzeń, że naród duński nie przejmuje się jakimiś tam “Necksami” i w chwili kiedy przyjdzie muzykom zacząć może okazać się, że na sali będzie 15 osób. Na całe szczęście im bliżej godziny zero, tym bardziej zapełniała się sala. Liczba krzeseł okazała się zbyt mała, aczkolwiek tak na oko może pojawiło się ze sto osób. Może mniej. Nie było najgorzej. Muzycy raczej nie mieli powodów do smutku.
Abrahams – fortepian
Tym razem pierwszy rozpoczął Chris Abrahams od dość melodyjnej, spokojnej, krótkiej, wielokrotnie powtarzanej partii zdecydowanie umiejscowionej po prawej stronie klawiatury fortepianu. Nie minęło jednak 5 minut kiedy dołączył perkusista. Przez wiele minut dodawał on wyłącznie brzmienie “dzwonków” o bardzo matowym brzmieniu. Wyglądem przypominają one tzw. cow bell choć nie uderza się w nie za pomocą dodatkowej pałeczki. Zabrzmiały one jak szumiące “przeszkadzajki” nie mające zbyt wiele wspólnego z odgłosami wytwarzanymi przez “typowe” dzwonki. Ten spokój stopniowo przeradzał się w typową (?) dla Necksów spiętrzoną falę dźwięków. Nim jednak muzycy osiągnęli szczyty długo nabierali prędkości dokładając kolejne dźwięki. Buck długo grał wyłącznie na talerzach. Swanton zdecydowanie częściej używał smyczka spod, którego wydobywały się dźwięki “goryczy”.
Nim jednak muzycy dotarli do tego etapu, w którym Buck zaczął grać na “kotle” a Abrahams energicznie uderzać w klawisze nastrój lekko popsuło mi brzmienie wydobywające się z prawego głośnika. Przerażenie, że całość rozłoży niefrasobliwość dźwiękowca lub jego brak umiejętności opanowania sprzętu, na kilka chwil wybiła mnie z rytmu. Problem objawił się dokładnie w tym momencie gdy Abrahams zaczął grać bardziej rozbudowane partie na klawiaturze używając (opisując to w bardzo nieprofesjonalny sposób) kilku klawiszy na raz. Potężniejsze brzmienie fortepianu po prostu zaczynało zniekształcać się gdzieś w drodze do głośników. Dzięki bogom ktoś to wyłapał wcześniej niż później.
W międzyczasie nastąpiło to magiczne przejście i zatracenie się w dźwiękach, dalej przebudzenie gdzieś w gąszczu brzmień, które ostatecznie słabły kilka dobrych minut aby ustać po nieco ponad trzech kwadransach muzyki. Grę domykał bodajże kontrabas ale głowy nie dam. I w sumie z jednej strony uznałem, że ok, że tyle wystarczy. Dawno ich nie słyszałem, oto dostałem 45-50 minut muzyki. Płyty The Necks są zazwyczaj nieznacznie dłuższe. Wcześniejsze ich występy, których słuchałem na żywo trwały równie długo lub nieznacznie dłużej. Nim jednak muzycy zeszli ze sceny okazało się, że jeszcze tego wieczora będzie ciąg dalszy!
Kolejna część, prawdopodobnie równie długa, zaczęła się kwadrans po 22. W międzyczasie Buck i Swanton uruchomili punkt sprzedaży z nowym winylem na czele i koszulkami. W Danii relacje między cenami tego co “wytwarza się” na miejscu, a tym co pochodzi “z zewnątrz” są dość rozbrajające ale nie ma się szczególnie czemu dziwić. Dla przykładu cena płyty Mindset, która pojawia się na winylu i zapewne w cyfrowej dystrybucji, wyniosła podczas koncertu 160 duńskich koron. To jest plus minus 21€. Wracając do porównań, piwo w barze kosztuje 37 koron czyli niemal 5€. Czyli będąc biednym mieszkańcem Królestwa zdecydowanie lepiej postawić na winyle niż na promile.
Wydaje się, że druga część koncertu dużo szybciej znalazła się w tym punkcie, w którym czuć, że muzycy grają “wspólnie”. Trudno to ująć słowami, bo takie postawienie sprawy na pewno nie jest całkowicie właściwe. Po prostu w pierwszej części można było wyróżnić kolejne etapy. Coś jak gra oddzielna, zbieganie się pewnych wątków, aż dochodzimy do punktu, w którym “gramy razem”. To powiedzmy ta część gdzie energii jest najwięcej. W drugiej części koncertu można było poczuć się tak jakby wrzucono nas w środek. W środek czegoś dużo spokojniejszego. Czegoś co zaczyna się wręcz dość znajomo brzmiącą, jazzową, melodyjną “przygrywką” na fortepianie, czegoś co raczej ostatecznie nie nabierze tego samego tempa co pierwsze 45 minut. Tak, Necksi miewają też takie płyty i takie występy. Nie zawsze kończy się na jazzowym “łomocie”.
Niestety z przyczyn banalnych nie mogłem dotrwać spokojnie do końca koncertu, a już na 15 minut przed wyjściem górę zaczęła brać presja czasu i wizja spóźnienia się na ostatni pociąg do domu. Rozproszone myśli nieco zakłóciły mi odbiór muzyki ale i tak trudno było się oderwać od krzesła i po prostu pobiec na pociąg.
The Necks widziałem po raz pierwszy od trzech lat. Tyle czasu minęło od ich szczecińskiego występu w studiu Polskiego Radia w ramach Musica Genera 2008. Buck o dziwo pamiętał ten występ – choć nikt od niego tego nie wymagał – dodając, że “…było tam sporo dobrej muzyki“. To z pewnością już o samej MG 2008.
Panowie z Necksów choć coraz bardziej przypruszeni siwizną nadal świetnie spisują się na scenie. Pełni energii zdecydowanie nie popadają w “starczy” marazm. Mam nadzieję, że Chris Abrahams, który tego wieczora wyglądał nieco mizerniej, miewa się jednak dużo lepiej. Nie pozostaje mi nic innego jak wreszcie wyjąć po tygodniu “Mindset” z koszulki i w skupieniu wysłuchać brzmienia bodajże najkrótszej płyty The Necks. Nie zdążyłem spytać o genezę powstawania płyty na tym, a nie innym nośniku. Czy koncepcja nagrania winyla, to kolejna oznaka, że płyta kompaktowa to przeszłość?
PS. Trochę nie bardzo wiedziałem jak jednoznacznie ocenić ten koncert. Na pewno po jakimś czasie mogę napisać, że nie rzucił mnie on na łopatki. Było dobrze ale nie tak dobrze jak na nowej płycie “Mindset”. W sumie można zauważyć pewną zbieżność pomiędzy dwuetapowym występem Necksów w Århus, a strukturą płyty. Na winylu znalazły się dwa utwory po ca. 21 minut. Pierwszy, ujmując to w dużym skrócie, bardziej energiczny. Drugi, spokojny. W tym drugim wspaniale obnaża się ta genialna, “necksowa” powtarzalność. Coś wspaniałego!
Na tle płyty “Mindset” koncert wydaje mi się nieco słabszy. Płyta wydaje się dużo bardziej zwarta, szybka, zdecydowanie bardziej porywa. Necksom świetnie udało się zmieścić w tych dwóch 21-minutowych kompozycjach. Po prostu nic dodać, nic ująć.
Zdobycz pokoncertowa




dzięki za zaspokojenie mojej ciekawości!
widziałem/słyszałem Abrahamsa dwukrotnie w grudniu i odniosłem wrażenie, że dobrze się trzyma.