do Danii
Powrót do Danii zaplanowałem na kształ “mini przygody”, bo trudno inaczej nazwać pomysł toczenia się kilkoma pociągami ca. 900 km. Wyjazd z Frankfurtu nad Odrą o godzinie 3. nad ranem. Cztery przesiadki. Kolejno w Berlinie, Hamburgu, Flensburgu i “już” duńskim Vejle. Podróż przygoda udała się w 50% i o mało nie zaczęła się od wpadki na Berlin Ostbahnhof. Tu, całkiem nagle, okazało się, że konieczna jest zmiana pociągu aby dotrzeć do centralnego dworca stolicy Niemiec. Pomógł facet o wyglądzie przystojnego hindusa w dobrze skrojonym płaszczu. A może to nie był hindus. Dalej było dużo prościej.
Berlin Hauptbahnhof tym razem mało mnie interesował. W McDonaldzie o 5-tej nad ranem wegetowali zmęczeni ludzie. Dwóch skośnookich z “makami”, geje, ludzie inni oraz para Polaków. Chłopak metal i dziewczyna a’la Bolków. Fanka bolkowskich klimatów była nawet ciekawa – niebiesko-czarne włosy, jakieś kolczyki, pijano-zmęczone spojrzenie, itd. Ale to też w sumie było nie tak ciekawe… Pociąg do Hamburga był znacznie bardziej przejmujący. Około 5:40 na 7 peron wsunął ICE do Hamburga. Nie tak lśniący jak dawniej ale nadal robiący wrażenie. Pociąg dużych prędkości, który miał pokonać 280 km w niecałe 2 godziny. Możliwe, że podniecałem się nad wyrost ale wcześniej nie miałem okazji, a bardzo chciałem.
Podróż cudem niemieckiej inżynierii nie była jednak tym o czym myślałem. Ciemności za oknem nie pozwoliły mi zachwycać się lejącymi obrazami z perspektywy prędkości +/-200 km/h. Po drodze coś stukało, pukało, miejscami przypominałem sobie o tym jak w roku 1998 rozpędzony ICE wpadł na wiadukt. 100 pasażerów nie dotarło wówczas do celu. Ja dotarłem. Hamburg, godzinny postój. To całkiem ciekawy, można rzec “oldskulowy” dworzec w kilmatach paryskich. Wydaje się, że niemal całość zbudowana jest z powyginanego żelaza nitowanego na każdym calu. Ciekawe miejsce, może niepotrzebnie przeładowane szyldami, szyldzikami, jakimiś zdobnikami bez których dworzec mógłby wyglądać lepiej.
Ostatni pociąg w Niemczech nie sunął już z tak zawrotną prędkością jak ICE 1004 do Hamburga. To co wkrótce zobaczyłem przez słoneczne okno powolnego, pustego ekspresu regionalnego, to zapowiedź duńskich klimatów. Im bliżej Flensburga, który dawno temu był duńskim miastem, tym bardziej pejzaż zbliżał się do standardów duńskiej prowincji. Pola, zalane pola, domki, pola, zalane pola, domki…
EuroCity z Flensburga do Aarhus (wym. Oorhus bez wyraźnego “r”) okazał się jechać z Hamburga ale jakoś tak wyszło, że załapaliśmy się na niego nieco później. “EuroCity” brzmi dumnie ale to co wtoczyło się na dworzec w Flensburgu nie wyglądało dumnie. Krótki, szary pociąg zasilany czterema silnikami diesla – co wyraźnie zaznaczono w opisie pociągu – w środku sporo ludzi, którzy ostatecznie wylali się z pociągu na stacji Fredericia. Stąd zapewne część niemieckojęzycznych pasażerów posunęła dalej do Kopenhagi aby upojnie spędzić sylwestrowy czas w stolicy. Pociąg dalej, sennie przemierzał duńską prowincję.
Jako niegdysiejszy fan kolejnictwa, nie mogę za bardzo zrozumieć, że tak ekologiczna Dania w większości wozi się pociągami zasilanymi olejem napędowym, a kabelki nad torami to w sumie nieczęsty widok. Mniejsza o to. Po godzinnym “wegetowaniu” w Vejle, skądinąd ciekawym mieście położonym nad pokaźnym, prawdziwym fiordem, przyszła pora na ostatni etap podróży.
Pociąg z Vejle zmierzał na daleką północ do miasta Thisted. To już krańcowa prowincja, nie tak bogata jak mniej prowincjonalne części Danii. Częściej trafiają się tam domy pokryte blachą, a ludzie ponoć mówią dziwnym, nie do końca zrozumiałym dialektem – np. dla mieszkańców stolicy. No, może bez przesady z tą niezrozumiałością. Po prostu rodowity Duńczyk słyszy różnice i czuje, że “coś” jest inaczej. Czasami nie rozumie. W Danii ponoć można doszukać się 31 dialektów, 3 głównych, bez wyraźnego dookreślenia się, który jest tym “najprawdziwszym” i “najwłaściwszym”. Równość.
W pociągu z Vejle do Herning słabo już kontaktuje. Co jakiś czas tylko przebudzam się rażony zaskakująco mocnymi promieniami słońca. Droga wije się w lewo, prawo, jakieś strumyki – no bo w Danii w zasadzie nie ma rzek.
16 godzin i grosze. Przesadnie wielki dworzec nie tak dużego Herning wyłonił się “na horyzoncie”.
“wakacyjni” złoczyńcy we Frankfurcie
Hamburg



0 Comments