Biblioteczne odkrycia
Patrząc przez pryzmat polskich wielkości, Herning to prowincjonalne miasteczko. Miasteczko, które mieści mniej więcej 45 tysięcy ludzi. Tym samym, plasuje się na 17. miejscu w rankingu miast Królestwa. Tutaj to całkiem sporo i nie wypada narzekać. Niemal na samym początku zwrócił mi na to uwagę pewien Duńczyk, z pochodzenia Wietnamczyk.
Okazało się, że w miejskiej bibliotece czyhać mogą skarby warte odkrycia. Bez szczegółów doniosła mi o tym Katarzyna, która jako pierwsza dotarła i zapoznała się ze zbiorami. Rzut okiem na stronę internetową oraz pobieżne zapoznanie się z ofertą nie pozostawiły złudzeń. Trzeba tam iść. W sumie pojechać. Bo tak jest szybciej, naturalniej. Tylko rowerem. Cztery kilometry z podmiejskiego Birk.
Na miejscu, jako świeży użytkownik, zarejestrowany, zaakceptowany, poinformowany o zasadach, ruszyłem na zwiad. Dla niepoznaki, w pełni świadomie, wpierw sprawdziłem czy znajdę coś o duńskiej fotografii. Pani zasugerowała publikację “Dansk fotografihistorie” z roku 2004, której tytuł nie pozostawia wątpliwości. Przekrojowo od roku 1839. Tylko to co najciekawsze. Ale o tym później. Na razie sprawdzam, rozszyfrowuje.
Kiedy już odszukałem dział płytowy sytuacja nieco się skomplikowała. Wszystko niby ładnie poukładane wg. alfabetu w kilku kategoriach. Niełatwo jednak było na początku odszukać to co najciekawsze. Na przykład – chyba w celu zmylenia przeciwnika – w zakładce TECHNO, którą oddzielono od ELEKTRONIKI, znalazłem kilka takich “rodzynków”, że szybko porzuciłem tę część regału. Okazało się, że błędnie spasowałem. Mimo kilku paskudztw, między złą muzyką trafiłem np. na Alva Noto, a później na Vladislava Delaya.
Dalsze poszukiwania z asystą komputerowej wyszukiwarki naprowadziły mnie na AWANGARDĘ. Tradycyjnie jakiś Stockhausen, Reich, a także Glass Philip. Skusiłem się na znaną mi Maje Ratkje oraz na słabo poznanego Pierra Schaeffera. Na dokładkę dorzuciłem Alva Noto z Sakamoto, który też nie jest odkryciem ale chciałem posłuchać z kompaktu. Dodatkowym plusem jest oczywiście słowo pisane, które dołączono np. do Schaeffera.
Ciąg dalszy nastąpi. Na regale leżało (stało) też kilka pozycji z kategorii muzyka lekka średnio-popularna. Dajmy na to taki Caribou (płyta “Swim”), czy też różne przekrojowe wydawnictwa Warpa oraz płyta Hyperdub, “Five Years of Hyperdub”. O dziwo też znalazł się Pinch & Shackleton oraz Villalobos wydany przez ECM. Nie najgorzej jak na bibliotekę w 45 tysięcznym Herning…
Nie chciałem być zachłanny i nie znając limitów spakowałem książkę i trzy płyty. Zastanawiając się kto wcześniej mógł wypożyczać te płyty ruszyłem w mrozie do domu.
PS. Z takich lokalnych, ogólnokrajowych ciekawostek. W Kopenhadze żyje i tworzy człowiek jakby z Polski. Bywał już w Warszawie i kto uczestniczył kiedyś w “WEF-ach” ten może go kojarzyć. Tu książka “Påvirket som kun et menneske kan være” (coś w stylu “Poruszony tak jak tylko może być człowiek”) z dźwiękiem Konrada Korabiewskiego. Długi początek bez dźwięku. Raczej jako ciekawostka.

faktycznie, nie najgorzej.
przypomniały mi się różne znaleziska z biblioteki na Wronieckiej, też było kilka zaskoczeń.
Wroniecka była nie najgorsza. Może nie było tyle “nowości” ale postawa narzekająca była by tu nie na miejscu ;) W sumie jakoś dziwnie krótko korzystałem z jej zbiorów. Coś, kiedyś za długo przetrzymałem i zrobił się kwas. Nie wiem dlaczego później nie korzystałem z możliwości wypożyczania choćby płyt Zorna.